piątek, 30 maja 2014

AR Live

Piątkowe popołudnie. Za nami ciężki dzień. Koszula, sweter, bluza, kurtka, a w torbie płaszcze przeciwdeszczowe. Pogoda końca maja nas nie rozpieszcza. Trzeba się cieszyć, że nie będzie burzy z piorunami. W stronę otwartego w tym roku po długim remoncie Ogrodu Saskiego w gwiaździstym marszu podążają fani dobrej muzyki. Powoli kończy się koncertowy sezon w naszym akademickim mieście. Bilety kupiłem z odpowiednim wyprzedzeniem spodziewając się wielkiego zainteresowania. Przecież to pierwszy solowy koncert Pana Artura w naszym mieście w dodatku ze świetnym materiałem ze świeżutkiej płyty. Ku mojemu zdziwieniu widownia Muszli Koncertowej przed zapadnięciem zmroku świeciła niestety licznymi wolnymi miejscami. W mojej ocenie organizatorzy włożyli trochę za mało wysiłku w promocję wydarzenia.

Kto chciał zobaczyć u siebie jedną z gwiazd Tent Stage czwartego dnia tegorocznego Open’er Festival (i nie chodzi tu o Daughter ani Warpaint) ten z pewnością nie przepuścił takiej okazji. W konsekwencji, jak się później okazało, była to publiczność nieprzypadkowa, która stanęła na wysokości zadania. Na przewodni koncept scenografii składały się górujące nad sceną wielkie inicjały AR w otoczeniu licznych ukośników (slash / backslash), które już za parę chwil miały ożyć jako wielobarwne tło. Za suport musiały nam wystarczyć podarowane przez sponsora chrupiące paluszki, bo punktualnie o godzinie 20.30 za rozgrzewanie publiczności zabrała gwiazda dzisiejszego wieczoru.

Wszystko zaczęło się od hipnotyzującego Kokonu. Czarna postać na tle elektronicznych dźwięków i nieśmiało jeszcze pulsujących świateł. Potem wkroczyliśmy na przebojową playlistę albumu: Lato 76, Beksa, Krótkie momenty skupienia, Czas, który pozostał, Kot i pelikan, To co będzie, SyrenyLekkość. Utwory z płyty zostały brzmieniowo zagęszczone tak by sprawdzić się na otwartej scenie. Wizualna i dźwiękowa oprawa stała na najwyższym poziomie. Gra świateł dopełniała muzykę, którą można było odczuć na własnej skórze. Oprócz materiału z płyty sygnowanej imieniem i nazwiskiem dostaliśmy Trujące kwiaty i Dom nauki wrażeń Lenny Valentino oraz W deszczu maleńkich żółtych kwiatów i Good Day My Angel Myslovitz.

Potem nastąpiła chwila przerwy, w trakcie której dziewczyny nie szczędziły swoich gardeł. Podczas bisów nikt już nie siedział, a spora grupa bawiła się pod sceną słuchając Beksy i Czasu, który pozostał oraz krótkiego i spokojnego zamykającego płytę Pomysłu 2. Podziękowania, ukłony, zejście ze sceny. Dzieło skończone. Konferansjer próbował wygłosić na koniec kilka ogłoszeń nieparafialnych, ale głośna publika za nic nie chciała się rozejść. Zespół inaczej niż w Gdańsku, Łodzi czy Krakowie dał się w końcu przekonać i na definitywny finał przypomniał przebojowe Syreny.

PS. Kiedy nasz koncert zbliżał się ku końcowi na Liście Przebojów Programu Trzeciego, dwa single Pana Artura święciły triumfy zajmując obok siebie dwa pierwsze miejsca.


Artur Rojek, 30 maja 2014, Muszla Koncertowa, Ogród Saski, Lublin, bilety: 15/30 zł.

sobota, 24 maja 2014

Najlepsze reportaże (II)

#66 Ostatni niezłomny (Mariusz Kamiński, 2008); #70 Na jednym wózku (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2014); #75 Zaginiony na Kazbeku (Monika Malec, 2014); #80 Jedno proste zdanie (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2012); #87 Pani Irenka i wehikuł czasu (Katarzyna Michalak, 2013); #98 Uznani za kułaków (Mariusz Kamiński, 2013); #100 Swoje zagony (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013); #107 Dwa światy (Mariusz Kamiński, 2013); #108 Portret matki (Anna Kaczkowska, 2013); #109 Muszę tam wracać (Katarzyna Michalak, 2013); #121 Ja też chcę być Małyszem (Mariusz Kamiński, 2003); #129 Księga złoczyńców (Małgorzata Sawicka, 2001); #131 Mord w owczarni  (Mariusz Kamiński, 2007); #132 Szlakiem Komisarza Maciejewskiego (Magdalena Grydniewska, 2014).

środa, 21 maja 2014

Ciężar na sumieniu demokracji

Bez bicia się przyznam, że kampania do euro parlamentu nie zawładnęła moją świadomością. Dwa światy stykały się jedynie w miejscu ekspozycji plakatów wyborczych. Z wielkich tablic spoglądały na mnie jedynki, dwójki, a nawet piątki reprezentujące różnokolorowe partie, twarze pełne nadziei, że to właśnie ich wybiorę w niedzielnych wyborach.  Z billboardu można załapać się na promocję węgla drzewnego do grilla, ale nie obdarowywać kogoś mandatem wyborczym. Jeżeli w obywatelu nie ma wewnętrznej potrzeba wzięcia odpowiedzialności za wskazanie jednego z kandydatów to nic tego nie zmieni, ani pogoda, ani debaty, ani tweetujący politycy. Okazuje się, że wysiłek z tym związany jest tak wielki, że żadne ze startujących polityków nie zasługuje na takie poświęcenie.

Któż miałby siłę wertować programy, oglądać wywiady, chodzić na spotkania i debaty. Jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę, że podczas kampanii jesteśmy narażeni na te same marketingowe chwyty i haczyki jak te stosowane przez największe sieci handlowo-usługowe. Nie zawsze mamy to szczęście, żeby danego kandydata znać osobiście. Jeśli czujemy, że jest to człowiek na właściwym miejscu, który zna się na rzeczy sprawa jest prosta. Polityka szczebla państwowego jest najbardziej medialna i tym samym to wybory parlamentarne gromadzą największą frekwencję, choć to na najbliższym podwórku powinniśmy się uczyć zasad i mechanizmów wyborów bezpośrednich.

Sztuka wyboru nie jest nam obca. Codziennie musimy dokonywać wyborów często nie mając pełnej wiedzy na dany temat, a potem bierzemy jeszcze za nie odpowiedzialność. W ostatnich latach wyboru dokonuje mniejszość, która w dodatku jest bardzo spolaryzowana. Małe partie nie mogą przebić progu wyborczego, ale coś czuję, że lada chwila na scenie mogą się pojawić postaci, które odpowiedzą na głód zaufania społecznego. Niska frekwencja ciąży niestety na sumieniu demokracji. To zjawisko z pozoru niegroźne, ale mogące mieć daleko idące konsekwencje. Zmiany następują bardzo powoli i wcale nie jest powiedziane, że idą one w dobrym kierunku. 

poniedziałek, 19 maja 2014

A trawa sobie rośnie



Boczna ślepa droga jednej z najsłynniejszych ulic zapomnianych przez drogowców. Dwa centra handlowe, stacja paliw, skład budowlany, bank, piekarnia, drukarnia i kto wie co jeszcze. Między jezdnią, a chodnikiem permanentny rezerwat chroniony dzikich traw sięgających metra wysokości. Obok przystrzyżony pas zieleni między chodnikiem a ogrodzeniem firmy w której spędzam po osiem godzin w każdy roboczy dzień. Wybujała roślinność nie tylko przysłania tablice reklamowe, ale i ogranicza widoczność kierowcom korzystającym z ulicy. Ekipy utrzymujące w ryzach zieleń miejską nawiedzają te okolice tylko dwa razy do roku. Telefony i maile wzywające do podjęcia działań okazują się nieskuteczne. Może urzędnicy wychodzą z założenia, że jeśli zainteresowanemu tak na tym zależy, to w końcu sam się tym zajmie. Nie chodzi mi o powoływanie pogotowia kosiarkowego gotowego do natychmiastowej interwencji, zdaję sobie bowiem sprawę, że nie jest to trakt o randze Krakowskiego Przedmieścia. Najbardziej przeszkadza mi brak jakiejkolwiek reakcji na pisemne zgłoszenia oraz niemożność ustalenia czegokolwiek podczas rozmowy telefonicznej, jakby niczego nie można było zaplanować, skoordynować. Lepiej więc chyba nie mówić nic, bo wtedy nie ma narzekania roszczeniowych mieszkańców na długie terminy oczekiwania na swoją kolej. Nie pozostaje mi nic innego jak zafundować pracownikom Zarządu Dróg i Mostów codziennej relacji zdjęciowej z drogowego pasa botanicznego.

piątek, 16 maja 2014

Studencka strefa parkowania

Miasteczko Akademickie w czwartkowe południe. Do załatwienia trzy krótkie sprawy. Gdyby nie majowy deszcz i brak parasola nie miałbym nic przeciwko spacerowi z odleglejszego miejsca. Dziś jednak próbuję znaleźć kawałek legalnego miejsca do zatrzymania i w biegu, z teczką nad głową połączyć trzy kropki na mapie. Skręcając z Sowińskiego w Radziszewskiego redukuję bieg i włączam radar. Naczynia krwionośne uliczek pełne są jednak takich jak ja organizmów szukającym miejsca do zacumowania przez co nawet jeśli w zasięgu wzroku widzę odbijającego od doku kierowcę, pierwszy samochód za nim wypełnia nieznoszące pustki miejsce parkingowe. Snuję się kolejno ulicami: Uniwersytecką, Obrońców Pokoju, Akademicką powoli tracąc nadzieję.

Parę lat temu, kiedy byłem na studiach na zajęcia dojeżdżałem komunikacją miejską. Samochody obchodziły mnie jedynie podczas przechodzenia przez przejście i podczas stania w korkach na zmodernizowanym dopiero w ostatnim roku skrzyżowaniu Filaretów z Głęboką. Przypuszczam jednak, że przez ostatnie kilka lat liczba studentów wożących się na zajęcia własnym autem wzrosła znacząco. Miejsca jest niestety tyle samo i w najbliższych latach nic w tej materii nie ulegnie zmianie. Dlaczego więc nie wprowadzić choćby symbolicznych opłat za korzystanie z parkingów na terenach akademickich tak jak to miało miejsce w centrum. Postulat tyleż radykalny co w danych warunkach racjonalny, skłaniający do zastanowienia się czy samochód to rzeczywiście najlepszy środek transportu.


Komunikacja miejsca zwiększa swój standard, jest coraz więcej ścieżek rowerowych, za chwilę będziemy mieli system wypożyczania rowerów, mamy serwisy ułatwiające umawianie się na wspólne dojazdy. Więcej miejsca, pieniądze na obsługę systemu, utrzymanie istniejących miejsc i zadbanie o zieleń, która nam jeszcze została. Bieżąca sytuacja powoduje, że opanowane przez studentów i akademików trzech uczelni jest praktycznie zamknięte dla osób trzecich. Może i czasy studenckie są już za mną, ale z wielką przyjemnością wracam do witryn Księgarni Uniwersyteckiej, Sali widowiskowej Chatki Żaka, Kina Bajka, czytelni Biblioteki Głównej UMCS, stołówki akademickiej KUL, basenu UP, piwnic firmy Toner Service czy sklepu papierniczego BAS.

czwartek, 15 maja 2014

Reportaż radiowy (XI)

#125 Moje życie z Labą ** (Katarzyna Michalak, 2013); #126 Złota era lubelskich luteran ** (Mariusz Kamiński, 2010); #127 Dopóki piłka w grze ** (Mariusz Kamiński, 2003); #128 Sąsiedzkie porachunku ** (Anna Kaczkowska, 2006); #129 Księga złoczyńców *** (Małgorzata Sawicka, 2001); #130 Od startu do mety ** (Mariusz Kamiński, 2011); #131 Mord w owczarni *** (Mariusz Kamiński, 2007); #132 Szlakiem Komisarza Maciejewskiego ** (Magdalena Grydniewska, 2014); #133 Opowieść o prostym człowieku *** (Mariusz Kamiński, 2013); #134 Budujemy dom * (Monika Hemperek, 2008); #135 Na początku był Hajfil ** (Mariusz Kamiński, 2010); #136 Czerwony as ** (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2014).

poniedziałek, 12 maja 2014

Proszę podpisać tutaj

Przychodzi taki delikwent i na pierwszym spotkaniu w obecności szefa przedstawia swoją ofertę. Zasady może i proste, ale nie można raczej oczekiwać podjęcia decyzji bez choćby szczątkowej kalkulacji na podstawie danych historycznych i poczynienia pewnych założeń na przyszłe okresy. Łaskawie otrzymałem od przedstawiciela czas na zaspokajanie własnych ambicji analitycznych. Propozycja okazała się atrakcyjna na tyle, że warto byłoby poświęcić czas na bliższe przyjrzenie się szczegółowym warunkom. Jeszcze nie zdążyłem poprosić o jakiś cennik i regulamin, a już dostałem gotową do podpisu umowę w dwóch egzemplarzach. W ośmiostronicowym dokumencie oprócz danych obu firm znajdują się jedynie dwie istotne informacje: nazwa usługi i okres obowiązywania umowy. Resztę stanowi zbiór ogólników i liczne zgody na przetwarzanie danych. Sprawy istotne określane są przez regulaminy, cenniki i warunki promocji (niepotrzebne skreślić), których oczywiście nie otrzymałem. Jeden z punktów umowy mówi, że się z nimi zapoznałem i je akceptuję. Proszę więc przedstawiciela o dodatkowe materiały nie przecież dla mojej przyjemności, a jako znak mojego zaangażowania w sprawę dającego nadzieję na ostateczne ubicie interesu. Cennik wprawia mnie w zdumienie, gdyż warunki tam przedstawione nijak mają się do oferty zaprezentowanej podczas spotkania (dobrze, że nie byłem wtedy sam). Jeśli jesteśmy tacy fajni, że należą nam się warunki lepsze od standardowych to chyba powinniśmy choćby na pamiątkę mieć to na kawałku papieru. Pytam więc o co chodzi, może mam problemy ze słuchem, z oczami czy z głową, a ten pan i cała ta sytuacja uratują moje zdrowie, życie nawet motywując do spotkania z lekarzem specjalistą. Niestety przedstawiciel potwierdza warunki z cennika, a pytany o pierwsze potkanie nabiera wody w usta. Nie mam zamiaru drugi raz prosić o wyjaśnienia nadwyrężając grafik przedstawiciela, który pewnie szuka juz kolejnego klienta, który według najnowszych trendów sprzedaży najpierw podpisze umowę, a potem będzie miał 10 dni na analizowanie tego czy mu się to w ogóle opłaciło. 

środa, 7 maja 2014

Wagle we mgle

Muzyka z czarnej płyty „Matka Syn Bóg” Panów Waglewskich trafiła do mnie z pewnym opóźnieniem przez co jak już wspominałem nie załapałem się na zeszłoroczny koncert w Teatrze Starym. Kiedy więc tylko okazało się, że w ramach kontynuowanej trasy koncertowej panowie zjawią się na występie w Teatrze Osterwy pobiegłem po dwa bilety w trzecim rzędzie. Dzień koncertu był jednocześnie dniem kiedy brać studencka po raz kolejny otrzymywała od prezydenta Żuka klucze do naszego miasta.

W związku z tym postanowiłem odpowiednio wcześniej wyjechać z domu. Tych Państwa zobaczymy na koncercie – powiedziałem mijając ubraną na czarno parę wyglądającą na miłośników dobrej bluesowo-rockowej muzyki. Wątpię, przecież jeszcze godzina do koncertu – odpowiedziała I. Okazało się, że jednak miałem rację.

Ulicą Narutowicza w stronę Browaru Perła płynęły tłumy młodych ludzi mijając stojących przez teatrem wielopokoleniową grupę. Mimo, iż bilety nie należały do najtańszych sala była wypełniona po brzegi.

Kilka minut po godzinie dziewiętnastej usłyszeliśmy pierwsze dźwięki lśniącej w mroku sceny gitary Wojciecha Waglewskiego. Koncert mogę podsumować jednym zdaniem: z trudem udało się wytrzymać do końca i chyba parę osób mogłoby się zgodzić z moją opinią. No bo jak można spokojnie usiedzieć w teatralnych fotelach, kiedy ze sceny płynie tak soczysta muzyka. W moim odczuciu materiał z płyty na koncercie sprawdził się rewelacyjnie. Prawdziwa męska muzyka przyprawiona delikatnym pierwiastkiem głosu i skrzypiec w kobiecych rękach pani Iwony Skwarek podobała się również żywo reagującej publiczności. W kilku przypadkach muzycy wychodzili poza ramy utworów znanych z płyty prezentując pełnię swoich umiejętności w pełnych polotu popisach niosących znamiona improwizacji.

W pamięci na długo pozostanie mi wiele magicznych momentów, kiedy to ciarki przechodziły po plecach. W jednym z nich na scenie zaczęła się kumulować mgła, która w momencie chwilowego wyciszenia połączonego z przyciemnieniem świateł w idealnym momencie wlała się między publiczność. Anielski damski głos podczas „Wrze gąszcz”, wzruszająca do szpiku kości instrumentalna koda zamykająca „Boga”, hipnotyzujący puls syntezatora w „Matce”. Zasadniczą część koncertu zakończyło kończące płytę „Na okrągło”, które przez pewien czas było moim ulubionym hymnem każdego poranka. Aż chciało się śpiewać z Panem Wojciechem. Na deser dostaliśmy „Dziób pingwina” z popisowym udziałem jednego z widzów nagrodzonym brawami, rewelacyjne „Chromolę”, przebojową „Męską muzykę” oraz powtórkę „Ojca” z żywym udziałem rozgrzanej publiczności kończącym prawie dwugodzinny spektakl. Owacje na stojąco nie były dla nikogo zaskoczeniem.

Można było rozpłynąć się w muzyce, przeżywać ją całym sobą, wszystkimi zmysłami. Ta muzyka będzie moją zakładką w czasoprzestrzeni, nośnikiem wspomnień, powiewem młodości. Jestem pewien, że za każdym razem kiedy wrzucę ją do odtwarzacza przeniosę się w czasie w sam środek wiosny roku 2014. To jest potęga muzyki, która potrafi wywoływać silne emocje, która przenika do krwioobiegu. 

Jeżeli Panowie zachowają dotychczasowy cykl wydawniczy to za pięć lat dostaniemy kolejny krążek. Kto czuje niedosyt może wrócić do zarejestrowanego 2 marca tego roku koncertu formacji w Studiu im. Agnieszki Osieckiej dla Programu Trzeciego Polskiego Radia.


PS. Mam nadzieję,  że podczas koncertu Pan Wojciech zapomniał o czekającej go wizycie u dentysty o której wspominał dzień wcześniej rozpoczynając wraz z Fiszem Magiel Wagli w Trójce.  

wtorek, 6 maja 2014

Aplikacje pierwszej potrzeby



Google Keep Bardzo wygodne narzędzie do robienia krótkich notatek. Bufor urwanych myśli, obserwacji i inspiracji. Bardzo szybka, ładna i przyjemna w użytkowaniu. Brakuje opcji dodawania notatek z treści stron internetowych w menu kontekstowym przeglądarki. Any.do Segregator zadań wg tematu lub kolejności wykonywania. Opcja Chwila dla Any.do domyślnie ustawiona na godzinę 9 (bardzo dobry moment!) w ciekawy sposób zachęca do świadomego planowania zadań na bieżący dzień. Feedly Agregator treści do którego można podłączyć kilka swoich ulubionych strumieni, które dobrze mieć pod ręką jako oręż w walce z chwilową nudą. W innym przypadku wolę obcować ze słowem pisanym w tradycyjnej papierowej formie.

poniedziałek, 5 maja 2014

Reportaż radiowy (X)

#111 Pasażerki ** (Katarzyna Michalak, 2014); #112 Człowiek i styl ** (Małgorzata Sawicka, 2013); #113 Na leśnych szlakach * (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013); #114 Między wierszami ** (Katarzyna Michalak, 2014); #115 Bliżej nieba ** (Katarzyna Michalak, 2013); #116 Komendant ** (Mariusz Kamiński, 2014); #117 Dla wszystkich krawiec ** (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2104); #118 Ogród marzeń ** (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2104); #119 Cyrk z Moniką * (Monika Hemperek, 2014); #120 Wyprawa * (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013); #121 Ja też chcę być Małyszem *** (Mariusz Kamiński, 2003); #122 Padre * (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013); #123 Kameralne pojezierze * (Monika Hemperek, 2013); #124 Kordon (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013).

niedziela, 4 maja 2014

Wietrzenie Facebooka

Po czterech latach bezwiednego dodawania do ulubionych kolejnych profili uzbierałem pokaźnych rozmiarów wiązankę kanałów informacyjnych tłoczących na moją facebookową ścianę bezwartościowy strumień newsów. Pod każdym z nich byłem podpisany imieniem i nazwiskiem sygnując tym samym daną markę, postać czy akcję. Przyszedł w końcu czas radykalnego przykręcenia kurka przez stanowcze i bezbolesne odcięcie się od 99% źródeł. Wiele ciekawych inicjatyw realizujących się głównie poprzez swoją stronę na portalu zachowałem sobie tak na wszelki wypadek w postaci ulubionych zakładek w przeglądarce. Dziś na głównej spokój, więcej przestrzeni. Posty nie biją się o pierwszeństwo. Jest czas, żeby kliknąć, doczytać, obejrzeć, wysłuchać. 

sobota, 3 maja 2014

Wiosna na urlopie

Początek maja mimo sprzyjających przedłużonej przerwie od pracy warunków kalendarzowych drugi rok z rzędu nie rozpieszcza nas aurą za oknem. Supermarkety w ostatnich pogodnych dniach wypchnęły towar do odprawiania narodowych obrzędów przy grillowym ruszcie z którego teraz nie ma jak skorzystać. Całe szczęście kilka dni temu pożyczyłem od M. grill elektryczny na którym przyrządziliśmy łososia i wieprzowe polędwiczki wraz z zestawem kolorowych warzyw. Najnowszym odkryciem są pieczarki nadziewane topionymi serkami. A na deser pucharek lodów pistacjowych w przezroczystej polewie z procentów. Rower kurzy się w przedpokoju razem z butami do trekkingowych wędrówek czekając na powrót słonecznej pogody.

czwartek, 1 maja 2014

Jak straciliśmy tęczę



Kiedyś tęcza była tęczą. Gdzieś w między czasie media wmówiły nam, że jest to symbol dumy i ruchu na rzecz równouprawnienia pewnych środowisk. Skróty myślowe doprowadziły do tego, że między sześciokolorowymi (sic!) flagami powiewające na paradach, a wielobarwnym zjawiskiem optycznym stanowiącym dla dzieci bajkową tajemnicę pojawił się znak równości. Na fali sztuki nowoczesnej wychodzącej w przestrzeń miast i wsi z okazji Polskiej Prezydencji w Unii Europejskiej dostaliśmy wysoką na 9m i szeroką na 26m kolorową konstrukcję w kształcie łuku inspirowaną zjawiskiem tęczy, która od pierwszego dnia jak magnes przyciąga uwagę opinii publicznej. Autorka instalacji na samym początku odżegnywała się od zawłaszczania symbolu przez kogokolwiek, ale późniejsze wydarzenia zmusiły ją do opowiedzenia się po jednej ze stron. Instalacja została zniszczona i to nie jeden raz, a mimo to odbudowywana jest z uporem maniaka. Wielomiesięczna telenowela w randze sprawy wagi państwowej nie schodzi z afisza telewizji sensacyjno - informacyjnych. Teraz nawet ukazująca się na niebie po wiosennym deszczu kolorowa tęcza może być podejrzaną prowokacją. Szkoda że daliśmy się tak tym wszystkim zwariować. Z perspektywy czasu można żałować, że opór przybrał taką formę, która tylko przyczyniła się do zbudowania uciemiężonej koalicji pod wezwaniem kolorowej tęczy. Komentarz do: Pomnikomania. Hala odlotów 01.05.2014, TVP Kultura.