Wydaje się, że lubelska Masa
Krytyczna w ostatnich miesiącach straciła nieco na popularności. W lipcu
pospolite ruszenie przyniosło rezultat w postaci licznego przejazdu do Świdnika
i z powrotem, które było relacjonowane przez lokalne media. Mieliśmy obstawę,
megafon i dobrą atmosferę. Jednak zarówno po czerwcu i sierpniu spodziewałbym
się o wiele większej frekwencji, zwłaszcza, że pogoda nie sprawiała żadnych problemów.
Nie wiem jak wyglądają przejazdy w innych miastach, ale brakuje mi trochę
zaangażowania uczestników, robienia hałasu, rozdawania uśmiechów. Brakuje pań
będących ozdobą peletonu. Większość ma już komplet świateł, ale kask jeszcze
nie wszyscy. Z rowerowym szykiem też bywa różnie. Pisk hamulców w doborowym towarzystwie
podczas poprzedniego spotkania zmobilizował mnie w końcu do zrobienia generalnego przeglądu, tak żeby
następnym razem wstydu nie było. Sierpniowy przejazd zaliczył m.in. świeżo
wymalowany pas rowerowy przy ul. Wileńskiej. Nieukończona jeszcze ścieżka przy
Unii Lubelskiej będzie musiała poczekać do września. Do najciekawszych wydarzeń
należało rozerwanie kolumny na skrzyżowaniu ulic Zana i Nadbystrzyckiej, liczne
podjazdy (Wileńska, Szczerbowskiego, Rusałka, Wyszyńskiego) i zjazdy (Pagi,
Zana, Bernardyńska). Obyło się bez nieprzyjemnych incydentów. Większość
towarzystwa już w koszulkach z długim rękawkiem. Celem minimum na koleją masę
powinno być zabranie ze sobą na Plac Litewski przynajmniej dwóch towarzyszy i
głośnego dzwonka.
#wickipedia
sobota, 30 sierpnia 2014
piątek, 29 sierpnia 2014
Reportaż radiowy (XVI)
#186 Syberyjski instynkt ***
(Czesława Borowik, 2013); #187 Dziewczynka ze szczotkami ** (Agnieszka
Czyżewska-Jacquemet, 2013); #188 Cały ten kosmos *** (Agnieszka
Czyżewska-Jacquemet, 2013); #189 Dzieci z Cholewianki ** (Monika Hemperek,
2013); #190 Mistrzowie ** (Czesława Borowik, 2013); #191 Nie byłem bohaterem
*** (Mariusz Kamiński, 2013); #192 Słowo mistrza o patronie bezcennym **
(Czesława Borowik, 2013); #193 Kryptonim Bernardyni *** (Mariusz Kamiński,
2014); #194 Wspomnienia z odlewni *** (Mariusz Kamiński, 2013); #195 Zapiski
Wrzosa ** (Monika Hemperek, 2013); #196 Ufo w Emilcinie ** (Małgorzata Sawicka,
2013); #197 Nasza rzeka ** (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet, 2013); #198 Powrót
żołnierza ** (Katarzyna Michalak, 2012).
środa, 27 sierpnia 2014
Śledztwo historyczne
Przemierzając kolejne stronice Korony śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej
przybliżające historię okresu rozbicia dzielnicowego zwróciłem uwagę na postać
Kunegundy Halickiej będącej żoną Przemysła II Ottokara, króla Czech z dynastii
Przemyślidów. Nie chodziło mi jednak o jej romanse, ale jej przydomek
wskazujący na miejsce pochodzenia. Akcja
wydarzeń dzieje się bowiem w drugiej połowie trzynastego wieku kiedy to mój
rodzinny Chełm był stolicą Księstwa Halicko-Wołyńskiego na którego czele stał
Daniel I Romanowicz Halicki, w żyłach którego płynęła odziedziczona po kądzieli
krew Bolesława III Krzywoustego. Aktualnie trwają prace mające na celu
odnalezienie jego grobu, który powinien znajdować się w zachowanych pod
Bazyliką na Górce ruinach dawnej cerkwi. Szukając wspólnej gałęzi na drzewie
genealogicznym dynastii na obie postaci choć w różnych liniach natknąłem się jedynie
w wywodzie rodowym księżnej oświęcimskiej Eufrozyny Mazowieckiej, córki
Bolesława II Mazowieckiego, księcia płockiego. Przy okazji poszukiwań odkryłem
jednak inną ciekawą rzecz. Otóż żoną króla Rusi Daniela była Konstancja, córka
króla Węgier Beli IV i co najciekawsze młodsza siostra św. Kingi, żony
Bolesława V Wstydliwego, których perypetie w ciekawy sposób opisane są na
kartach powieści. Bieżąca lektura, zainteresowanie historią rodzinnego miasta i
aktualne prace archeologiczne są świetną okazją do odświeżenia i nabycia nowej
wiedzy osadzonej w szerszym kontekście tamtych czasów.
wtorek, 26 sierpnia 2014
Hipnotyzująca ciemność
Pochmurny i chłodny niczym na
początku października dzień dobiega końca. Nic nie jest już w stanie
powstrzymać mroku nadciągającego nad mijane przez nas tereny. Za kilka minut
widzialny świat przestanie dla nas istnieć, oddając jedynie wąską ścieżkę przez
którą możemy uciekać do zanieczyszczonego nadmiarem światła miasta. Zerkam na
chwilę w prawo próbując jakby zostawić na wypatrzonym pod lasem wzgórzu cząstkę
swojej świadomości, która będzie mogła doświadczyć tych niezwykłych i
tajemniczych chwil przed zmierzchem, a potem wszystko mi opowiedzieć. Nie mogę
przecież się zatrzymać, zjechać z trasy i z zapalonym papierosem spokojnie dać
się osaczyć przez napływającą falę ciemności.
sobota, 23 sierpnia 2014
Ekspresowa ścieżka rowerowa
Widok prawie gotowej obwodnicy
miasta potrafi kusić i choć o pokonaniu trasy samochodem nie ma co marzyć do
otwarcia planowanego na koniec października to od jakiegoś czasu nosiłem się z
zamiarem przejechania nowych odcinków drogi S17 na rowerze. Kres mojemu
niezdecydowaniu położyło wyznanie znajomej z pracy, która nie robiąc zbyt wiele
szumu oznajmiła, że jakoś tak się jej wyjechało ostatnio na tę nową ekspresówkę.
Zwiedzanie zacząłem od węzła Zadębie kierując się w stronę węzła Felin, a
widząc, że słońce jeszcze przez kilkadziesiąt minut będzie pomagało mi w
odkrywaniu walorów wizualnych pojechałem w stronę węzłów Tatary i jeszcze
dalej, aż do węzła Rudnik pokonując tym samym całość składającej się na
kontraktowe zadanie nr 4 ponad sześćdziesięcio sześcio kilometrowej trasy
Sielce - Piaski. Zapach opierającego się o drogę świdnickiego lasu, zamknięte
ze ekranami dźwiękochłonnymi pola Płaskowyżu Świdnickiego, widok mgieł wśród
dzikich łąk doliny Bystrzycy, efektowne zjazdy i podjazdy, no i oczywiście
imponujące obiekty drogowe. Po każdym z nawrotów trzeba było przerzucać rower
przez podwójne barierki zamontowane na całej długości. Trzynastokilometrowy
odcinek na którym bawiłem ponad dwie godziny przyszło mi dzielić jedynie z
dwoma spacerowiczami, kilkoma rowerzystami, panem na skuterze, dwoma autami
niewiadomego pochodzenia i ekipą patrolującej teren ochrony. W drodze powrotnej
jechałem już w całkowitych ciemnościach przypominających sceny z filmu
Zaginiona Autostrada. W dalekim tle światła walczącego z ciemnością nocy
miasta. Dobrze, że mój jednoślad jest wyposażony w mocne przednie światło, bo
bez niego mógłbym nie zauważyć, że na krótkim odcinku nitki biegnącej w
kierunku Piask między węzłami Tatary i Zadębie brakuje dobrych kilku warstw
asfaltu. Kiedy dziś oglądam na stronie giededekaia piękne zdjęcia dokumentujące
historyczną budowę widać jak obcym obiektem w nieskażonej dotąd przyrodniczej
przestrzeni okolic Lublina jest trasa szybkiego ruchu. Wszystko po to, by
miasto i jego mieszkańcy mogli odetchnąć od ruchu tranzytowego. Widoczna już na
zdjęciach satelitarnych nitka wyznacza nową północą granicę miasta.
czwartek, 21 sierpnia 2014
Papiernicze żniwa
Początek sierpnia to czas kiedy w
związku ze zbliżającym się końcem wakacji we wszystkich większych sklepach na
plan pierwszy wysuwa się oferta artykułów papierniczych/biurowych*
(niepotrzebne skreślić). Oprócz standardowych obecnych na co dzień produktów
pojawiają się i rarytasy niedostępne poza sezonem w regularnej sprzedaży, a
czasem i takie, które trudno znaleźć w hurtowni czy nawet przez Internet. Z
uwagi na to, że artykuły te nie należą do grupy pierwszej potrzeby, różnice w
cenach tych samych produktów bywają czasem znaczące. Zorientowanemu klientowi
nie ujdzie uwadze zarówno sytuacja znaczącego zawyżenia ceny jak i pojawienie
się niebywałej okazji. Z drugiej strony mamy klientów, którzy kompletując w
pośpiechu szkolną wyprawkę dla swojego dziecka łapią się za głowę kiedy zobaczą
rachunek. Na półkach widocznych jest kilkanaście najsilniejszych marek, a cała
reszta jest mieszanką przypadkowych wyborów asortymentowych i obowiązkowego segmentu
basic pod marką własną danego sklepu. Specyfika handlowa tej branży ma to do
siebie, że produkt do którego się przyzwyczailiśmy na długi czas potrafi zniknąć
z półek. Pół biedy jeśli przy kolejnej dostawie wróci na swoje miejsce (np.
blokowe notatniki Esquisse), ale często bywa i tak, że już się nie pojawiają
(segregatory Elba), a nawet jeśli, to w znacząco wyższej cenie (notatniki Antra).
niedziela, 17 sierpnia 2014
Dolina Kosarzewki (I)
Niepewna pogoda nie zniechęciła
mnie do rowerowego wypadu za miasto w przedostatni dzień urlopu. Ostatnio jakoś
bliższe są mi tereny położone na południe od Lublina i po ostatnim rajdzie po
gminie Niedrzwica, dziś wybrałem się w okolice Bychawy. Żółty szlak otwarty przed
czterema laty zaczyna się na skrzyżowaniu drogi między Osmolicami i
Piotrowicami, a drogą na Iżyce i dalej na stolicę gminy. Pokonujemy most na Bystrzycy i wjeżdżamy do
niewielkiego lasu. Po lewej stronie przez dłuższy czas będziemy towarzyszyć
dolince skrywającej z uwagi na odległość i obecność zabudowań rzeczce o
intrygującej nazwie Kosarzewka. Po prawej rozległe pola gdzie dane mi było
natknąć się na dwie młode sarenki podczas drugiego śniadania, które tylko
zadarły głowy żywiąc płonną nadzieję, że nie okażę się tanim podmiejskim
paparazzi, którego porusza każdy przejaw dzikiego życia. W Bychawce warto
zatrzymać się na chwilę przy kościele parafialnym z zabytkowym cmentarzem.
Wracając na szlak powinniśmy wyostrzyć swoją uwagę by nie przeoczyć znaku
kierującego w lewo. Swoją drogą przy oznakowaniu w kolorze żółtym naprawdę
trudno odróżnić standardowy znak potwierdzający obecność na szlaku od tego
wskazującego zmianę kierunku jazdy. Zaraz za mostem po prawej stronie
znajdziemy ścieżkę, która pozwoli nam towarzyszyć
Kosarzewce na kilometrowym dystansie w jej malowniczej dolince. Trasa
szczególnie po deszczu może kilkukrotnie zmusić nas do zejścia z jednośladu,
ale może to i lepiej, bo ze względu na walory przyrodnicze ma się ochotę
przejść piechotą cały ten odcinek. Aleja dostojnych lip przy samym brzegu
rzeki, strome pocięte wąwozami wschodnie zbocze, drewniany mostek, a dalej
niepozwalająca niestety na przejście suchą stopą przeprawa z kamieni. Strome
podejście wyprowadzi nas z doliny na tereny zabudowane za którymi jak wynika z
opisu trasy na pagórku wyspie wśród rozlewiska znajdowała się osada
przedpiastowska z VIII-X w. należąca prawdopodobnie do plemiennego związku
Lędzian (Grodzisko w Zadrapach). Kiedy droga skończy się skrzyżowaniem skręcamy
w prawo kierując się w stronę ruin bychawskiego zamku. Najpierw czeka nas
stromy zjazd, a następnie podjazd na wzgórze wyniesione nad poziom dna doliny
na ok. 8m otoczone z dwóch strony przez wody lubianego przez tutejszych wędkarzy
zalewu. Zachowane ruiny są jedynie dalekim echem zbudowanego w XVI w. zamku
przez ówczesnego właściciela i budowniczego miasta Bychawy. Nie była to forteca o znaczeniu
strategicznym, ale mogła chronić miasto i szlak handlowy z Rusi do portu w
Kazimierzu. Na dzisiaj dla mnie szlak się tu kończy choć biegnie on sobie dalej
aż do centrum i dalej do Krzczonowa nowym odcinkiem otwartym w 2012 roku. Na
pewno jeszcze powrócę w te strony.
sobota, 16 sierpnia 2014
Napój dla wybranych
Na początku wakacji w outdorowej
przestrzeni pojawiły się charakterystyczne żółte billboardy reklamujące
tajemniczy napój słodowy. Lokalizacje licznych plakatów mogły sugerować, że to
nasza lubelska Perła uzupełnia swoje portfolio o produkt bezalkoholowy. Gorące
dni lipca sprawiły, że zacząłem się rozglądać za obiecanym w reklamie
orzeźwieniem. Kolejne nieudane próby dotarcia do produktu wskazywały na to, że
producent drażni się trochę z konsumentami budując efekt pożądania, które
zaspokoi zalewając swoje sklepy paletami z puszkami. Dopiero teraz dowiaduję
się, że albo jesteśmy w fazie testowania produktu, albo rzeczywiście jest jakiś
problem z dystrybucją, bo sam producent na swoim fanpejdżu zaleca zakupy w sklepie
firmowym przy zakładzie na Bernardyńskiej.
środa, 13 sierpnia 2014
Dolina Nędznicy (II)
Dziś wracam na rowerowy szlak
„Dolina Nędznicy” w gminie Niedrzwica, którego pierwszą część zwiedzałem rok
temu kończąc podróż w Niedrzwicy Dużej na skrzyżowaniu z drogą na Kraśnik
(DK19). Najpierw wzdłuż torów kolejowych ulicą Świerkową, które będziemy
oplatać naszą trasą znajdując. Dalej przecinamy drogę na Bełżyce (DW 834) i przy
stacji kolejowej znajdziemy pierwszą z mogił z okresu I Wojny Światowej
odnowioną w 2011 roku. Jedziemy kolejno ulicami Przemysłową i Spółdzielczą
przez niezbyt ciekawe okolice zakładów produkcyjnych. Kiedy skręcimy już w
ulicę Sosnową nie możemy przegapić znaków wzywających do skrętu w leśną drogę
po lewej stronie tuż przed znakiem z nazwą miejscowości Borkowizna. W
przeciwnym razie jak autor tego wpisu nadrobimy kilka kilometrów skręcając
dopiero w drogę przez pola na Warszawiaki. W Niedrzwicy Kościelnej kończy się
zielone oznakowanie szlaku i swój początek ma niebieska pętla po południowej
części gminy o długości 12km. Zdecydowałem się na pokonanie szlaku zgodnie z
ruchem wskazówek zegara. Jedziemy przez teren zabudowany widząc po swojej lewej
stronie dolinkę niosącą spokojny nurt Nędznicy. Po trzech kilometrach
znajdziemy w końcu znak kierujący w prawo na niewielkie wzgórze, gdzie znajduje
się cmentarz kolonistów niemieckich z przełomu XIX i XX wieku oraz mogiły
żołnierzy austriacko-węgierskich i rosyjskich. Jedziemy dalej przez delikatnie
pofałdowane pola i po raz kolejny pokonujemy tory kolejowe i dwa zakręty prawo-lewo,
by dojechać do skrzyżowania szlaków. W lewo prowadzi żółty szlak gminy
Borzechów, a my skręcamy w niepozorną zarośniętą trawami ścieżkę w prawo.
Najtrudniejszy jest jej początkowy pięciuset metrowy odcinek. Potem omijamy z
lewej strony niewielki zagajnik i skręcamy za nim w prawo i po 600m znów w lewo.
Droga ta doprowadzi nas do leżącego przy skrzyżowaniu dróg zwieńczonego krzyżem
wysokiego kopca, miejsca spoczynku ponad sześciuset ofiar Wielkiej Wojny. Z
jego szczytu rozpościera się piękny widok w kierunku północno-zachodnim.
Dzisiejsza wyprawa kończy się w miejscu zamykającym niebieską pętlę zaraz za
linią kolejową.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Sześć dni w Krakowie
Do Krakowa wracamy już po raz
trzeci (a licząc krótkie epizody po raz piąty) w naszej siedmioletniej
historii. Od ostatniego dłuższego pobytu minęło pięć lat i jak razem
stwierdziliśmy jest to już troszkę inne miasto, mieszkamy w trochę innym kraju,
a my sami jesteśmy już trochę innymi ludźmi. Pierwszy raz jesteśmy tu własnym
autem, a mimo to nosimy jeszcze w sobie stare nawyki związane z bagażowymi
ograniczeniami. Miasteczko akademickie stoi na swoim miejscu oferując standard,
który cofa nas do studenckich czasów. Swoją bazę wypadową zakładamy w Strasznym
Dworze Akademii w pokoju z numerem 217.
W naszych wspomnieniach
pozostanie poranek w opactwie benedyktynów w podkrakowskim Tyńcu, podawana w tamtejszej
kawiarni na murach w oryginalny sposób kawa, a potem drugie śniadanie już na
drugim brzegu rzeki. Pozostaną wycieczki do zamków (Wiśnicz, Pieskowa Skała),
pałaców (Niepołomice) i miejsc po których zostały już tylko ruiny (Dobczyce). Najmilej
wspominam spacer przepiękną doliną Prądnika w samym sercu Ojcowskiego Parku Narodowego.
Setki kilometrów pięknych tras samochodowych Pogórza Bocheńskiego, Wiśnickiego i
Wielickiego. Okolice Krakowa mają naprawdę wiele do zaoferowania. Każdy dzień
kończył się na tętniącym życiem i licznymi atrakcjami Starym Mieście (Bull Pub,
Boscaiola, Zapiecek, Królestwo Pierożka). A wieczorami chwile na nadrobienie czytelniczych
zaległości (Podróże z filozofią w tle
Hellera, Ostatnie rozdanie
Myśliwskiego, Korona śniegu i krwi
Cherezińskiej).
Do Krakowa jechaliśmy nietypową
trasą przez Kielce, a to dlatego, że chcieliśmy zobaczyć po drodze rajską
jaskinię. W międzyczasie zmieniliśmy jednak miejsce swojego międzyparkowania, by
wejść na Święty Krzyż. Droga Kraśnik-Kielce (74) i dalej siódemką okazała się
bardzo wygodna dostarczając również miłych dla oka obrazków. Planując drogę
powrotną skuszeni zaliczeniem stu kilometrów darmowej autostrady A4 Kraków-Tarnów
zdecydowaliśmy się na trasę przez Mielec i Tarnobrzeg. Niestety drogi
wojewódzkie Podkarpacia nie sprzyjają komfortowej podróży na dużych dystansach.
Okazją na regenerację cierpliwości był krótki postój na obiad w Sandomierzu. Na
szczęście to jeszcze nie koniec urlopu.
piątek, 8 sierpnia 2014
Zagęszczanie sieci
Kiedy dostajemy dziś niespotykaną
dotąd szansę włączenia się do prowadzonych przez miasto działań zmierzających
do rozbudowy infrastruktury rowerowej zauważam jak bardzo jestem przyzwyczajony
do aktualnego stanu rzeczy. Przez ostatnie lata mieliśmy do dyspozycji główną
oś biegnącą od Zalewu Zembrzyckiego do Turystycznej i dalej przez Andersa i
Smorawińskiego, ścieżkę przy Jana Pawła II, przez Park Rury oraz garść
rozrzuconych odcinków o wątpliwych walorach komunikacyjnych, które mogliśmy
policzyć na palcach dwóch rąk. Oddawanie pierwszych pasów rowerowych było
wielkim wydarzeniem celebrowanym przez następne miesiące. Wykorzystując rower
jako alternatywę dla samochodu i komunikacji miejskiej każdy szukał dla siebie
optymalnych rozwiązań pozwalających na w miarę komfortowe dotarcie do celu. Często
brutalnej walki o te półtorej metra przy poboczu nie dało się uniknąć. Jazda w
kasku stała się zdroworozsądkową koniecznością. Dziś sen z powiek środowiska
rowerowego spędza nie ilość kolejnych kilometrów dróg dla rowerów powstających przy
okazji budowy nowych i modernizacji głównych ulic, a zadziwiająca niekiedy
twórczość niedoświadczonych projektantów i wołająca o pomstę do nieba jakość
wykonania inwestycji. W sytuacji przyspieszającego rozwoju, możliwego dzięki
środkom finansowym, których nasza infrastruktura dotąd nie widziała i
prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy, niezwykle ważna jest dbałość o odpowiednie
przygotowanie, a następnie wymaganie spełnienia przez wykonawcę określonych
standardów.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Wolne dwupasmówki
Czemu tak właściwie na naszych miejskich
dwupasmowych arteriach nie została podniesiona dozwolona prędkość? Wystarczy,
że człowiek na chwilę wychyli się ze swojego miasta i już mu się oczy
otwierają, że na przykład w takim Krakowie możliwe jest, żeby w samym centrum
biegła trasa, którą można pocisnąć 70 km/h. Zdaje się, że u nas takie rzeczy
możliwe są tylko na trasie WZ, Alei Unii Lubelskiej i fragmencie Spółdzielczości
Pracy. Staram się nie zwracać na siebie uwagi panów z nieoznakowanej vectry. Poprzez
podniesienie limitu prędkości zalegalizowano by obecne status quo i pozwolono
paru pozostałym osobom na wykorzystanie dobrych parametrów drogi.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Fascynujący Kosmos
Szukając dla siebie nowego
serialu na wolne letnie wieczory trafiłem na wysoko ocenianą przez społeczność
portalu filmweb.pl serię Cosmos: A
Spacetime Oddysey wyprodukowaną przez National Geographic. Od razu nasunęły mi
się skojarzenia z serią Zagadki wszechświata
z Morganem Freemanem, której pierwszy sezon widziałem parę lat temu na
kanale Discovery. Nie zapewnił sobie jednak jakiegoś szczególnego miejsca w
mojej pamięci i nie spodziewałem się nawet, że w tej chwili emitowany jest już piąty sezon produkcji. Od
pierwszych odcinków nowy Kosmos stanowiący remake serii stworzonej przed 35 laty
przez amerykańskiego astronoma i popularyzatora nauki Carla Sagana absorbował
moją uwagę od pierwszej do ostatniej sześćdziesiątej minuty każdego odcinka. Trzeba
przyznać, że od tamtego czasu trochę się zmieniło. Uporządkowana, zamknięta w
13 częściach wciągająca opowieść o historii nauki, aktualnym stanie wiedzy i hipotezach
na przyszłość. Jakże wiele udało nam się już odkryć, jakże wiele jest jeszcze
przed nami tajemnic. Ostatni raz podobne wrażenie wywarł na mnie fascynujący
cykl audiowykładów ks. Michała Hellera pt. Drogami
ludzi myślących z 2004 roku dzięki któremu z zainteresowaniem sięgam po
kolejne pozycje książkowe autora. A wracając z powrotem na ziemię myślę, że
gdyby pokazać ten inspirujący program licealistom przed pierwszym dzwonkiem,
mieliby większą ochotę na szkolne zmagania z materią wiedzy podstawowej.
niedziela, 3 sierpnia 2014
Między sklepami
Pasażu w jednej z galerii
handlowych. Jak to zwykle bywa mój wzrok bezwiednie ślizgał się po kolorowych
witrynach. Jak automat skanuje kolejne krzyczące w moje oczy hasła reklamowe,
soczyste zdjęcia czy lśniące nowością produkty. W pewnej krótkiej chwili
uzyskałem dostęp do wewnętrznego centrum sterowania i postanowiłem zmienić tryb
docelowej obserwacji na sylwetki złapane tak jak ja do wnętrza świątyni
konsumpcjonizmu. Ujrzałem dziesiątki par rozbieganych oczu na tle zmęczonych
nierzadko twarzy. Niestety w chwili kiedy próbowałem zajrzeć głębiej forsując
fasadę prezentowanego stylu czy relacji z innymi, oczy na powrót kierowały się
w stronę komunikatów reklamowych. Jeszcze kilkukrotnie próbowałem zmienić
ogniskową, ale ku mojemu przerażeniu, prędzej czy później sytuacja kończyła się
w ten sam sposób. I w sumie nie ma się czemu dziwić, ktoś przecież wymyślił
galerie właśnie w taki sposób, by klienci całą swoją uwagę skupiali na materii
handlowej. Płynie z tego niestety prosty wniosek, że są to miejsca w dużym
stopniu zdehumanizowane, a my sami zredukowani do jednostki zakupowej. Nie może
tego chyba zmienić nawet zwyczaj towarzyskich spotkań między sklepami. Ludzie,
których troszkę uwiera współczesna rzeczywistość z rozrzewnieniem wspominają
czasy tętniących nie tylko życiem turystów ulic, targów, kiedy to zamiast
pustego marketingu konieczna była relacja z drugim człowiekiem.
sobota, 2 sierpnia 2014
Artykuł na dziś (VI)
#80 Przestawianie torów * (Jerzy
Hausner, ibid.); #81 Praca czy zawód? ** (Jacek Wasilewski, ibid.); #82 O
zawiłych dziejach pracy spostrzeżeń prarę *** (Zygmunt Bauman, ibid.); #83
Czcij ojca swego, ale odkrywaj człowieka ** (Beata Banasiak-Parzych, Charaktery
9/2013); #84 I kto tu rządzi? *** (Romana Kadzikowska-Wrzosek, ibid.); #85 Wróbelek,
istotka niewielka ** (Arkadiusz Szaraniec, ibid.); #86 Ćwierć wieku mierzona
taśmą filmową ** (Agnieszka Kasperska, Nasza Historia Lublin 3/2014); #87
Krajobraz Lublina nikogo nie interesuje *** (Bolesław Stelmach, ibid.); #88 Seminarium
ufundowały właścicielka majątku i poetka ** (Ewa Pajuro, ibid.); #89 Zapomniane
fotografiki z epoki bicykli ** (Małgorzata Szlachetka, ibid.).
piątek, 1 sierpnia 2014
Reportaż radiowy (XV)
#174 O dwóch takich, co zrobili
kino ** (Katarzyna Michalak, 2013); #175 Powrót bar micwy * (Katarzyna
Michalak, 2014); #176 Z zegarkiem w ręku ** (Agnieszka Czyżewska-Jacquemet,
2013); #177 Wolontariat na końcu świata * (Monika Hemperek, 2014); #178 Kuracja
** (Katarzyna Michalak, 2013); #179 Nasze misterium * (Katarzyna Michalak,
2013); #180 Oczko ** (Monika Hemperek, 2013); #181 Detektyw w spódnicy ***
(Monika Hemperek, 2013); #182 Magda ma talent ** (Monika Hemperek, 2013); #183
Tajemnica pałacu w Niezdowie *** (Mariusz Kamiński, 2013); #184 Leczenie duchem
bożym ** (Grażyna Lutosławska, Kinga Hendzel, 2013); #185 Ty i ja (Monika
Malec, 2013).
środa, 30 lipca 2014
Mocna Perła
Jako, że zakład Browarów
Lubelskich Perła położony jest w odległości 1000 metrów od miejsca mojego
zamieszkania i mijam go codziennie przynajmniej raz, wiem, że mimo iż nie
należy on do żadnej z dużych grup piwowarskich nie jest to też wbrew niektórym
opiniom mały regionalny browar położony gdzieś w malowniczej dolinie pośród
plantacji lubelskiego chmielu. Według informacji jakie można znaleźć w sieci
wydajność zakładu wynosi 1,2 mln hl (1hl=100l) można więc przyjąć, że co roku z
taśmy zjeżdża ponad 200 mln (słownie: dwieście milionów) półlitrowych porcji,
co równa się ponad 500 tys. (słownie: pięćset tysiącom) w ciągu jednego dnia.
Monobloki w rozlewni potrafią w godzinę nalać trunek do ok. 48 tysięcy
opakowań. Liczby te mogą robić wrażenie, szczególnie kiedy nigdy do tej pory
nad tym się nie zastanawialiśmy. Marka jest bardzo silna na naszym terenie nie
tylko ze względu na szeroką ofertę, ale również z uwagi na udział w licznych
inicjatywach kulturalne wśród których można wymienić: Lato w Browarze, Perła
Scena Miasta, Kino Perła, I Love LBN Perła Festival, Kozienalia, Kazimiernikajszyn,
Dwa Brzegi, Letnia Akademia Filmowa, Festiwal Piwa. Oprócz podchełmskiego
Browaru Jagiełło i wykorzystywanego przez Perłę zakładu w Zwierzyńcu nie mamy
na terenie naszego województwa żadnego innego producenta złocistego
napoju.
wtorek, 29 lipca 2014
Artykuł na dziś (V)
#69 Tusk i Belka zepsują złotego
** (Krzysztof Rybiński, Do rzeczy 29/2014); #70 Najgorsze jest czekanie * (Kate Sweeny, Charaktery 7/2014);
#71 Geografia myślenia * (Radosław Zyzik, ibid.); #72 Dzieci jednego dnia ** Irvin
D. Yalom, ibid.); #73 Karski: życie z winą ** (Kaya Mirecka-Ploss, ibid.); #74
Pies też człowiek ** (Arkadiusz Szaraniec, ibid.); #75 Kłamstwo ** (Jacek
Wojtysiak, ibid.); #76 Dzienniki dziewczyny, która będzie Osiecką ** (Łukasz
Garbal, Znak 6/2014); #77 Sherlock Holmes, czyli pokusa racjonalizmu ** (Michał
Cetnarowski, ibid.); #78 Ekonomia
solidarności *** (Chantal Delsol, ibid.); #79 Twarda mowa *** (Halina
Bortnowska, ibid.).
sobota, 26 lipca 2014
Spotkania na moście
Kiedy mieszkanie nie posiada
balkonu i w dodatku znajduje się na parterze, trzeba szukać miejsca nadającego
się na letni relaks na świeżym powietrzu. Czuję, że na ławeczki przed blokiem
to nie jest jeszcze ten czas. Można więc uciekać w naturę, albo w miasto.
Dwadzieścia minut spokojnym spacerem lub jeśli ktoś woli cztery przystanki
autobusowe od Nowego Światu nad wartkim nurtem Bystrzycy wisi sobie ponad
stuletni most projektu Mariana Lutosławskiego, będącego stryjem autora zapisków
w Granatowym Zeszycie. Obiekt ten po długim remoncie, rozpoczętym w 2011 roku, który
miałem okazję obserwować podczas codziennych dojazdów rowerem do pracy z
odległych Czubów, aż do granicy Bronowic z Tatarami, doczekał się wspaniałej
inicjatywy, która, w co trudno aż uwierzyć, zamieniła ten martwy niegdyś
kawałek betonu położony przy ruchliwym Rondzie Lubelskiego Lipca 80 w tętniące
życiem miejsce na kulturalno-towarzyskiej mapie miasta. Kto mógłby przypuszczać,
że rankiem będziemy uciekać z zalanej polskim disco hałasem plaży jednego z łęczyńskich
jezior, by wieczorem wylądować w miejscu, gdzie barmanka przed nalaniem piwa
odkłada na bok Kurta Vonneguta. Wychodzisz na popołudniowe piwo, a lądujesz w
środku oldschollowej imprezy, gdzie od porwania w tany uchronić Cię może
jedynie kontuzja kolana. Na moście spotykają się trzy pokolenia, które
wzajemnie się obserwują, a czasem nawet wchodzą ze sobą w dialog. Kawy z
ekspresu tu niestety nie uświadczysz, ale jeśli będziesz miał szczęście to Pani
z okienka za trzy złote z pomocą kawiarki zaparzy Ci z jakiejś popularnej
mieszanki małą czarną. W czarnym wagoniku można znaleźć również kilka
podstawowych ciepłych dań szybkiej kuchni. Na Krakowskim Przedmieściu i Starym
Mieście ciekawych miejsc z charakterem nie brakuje, ale peryferia nie są w tak
komfortowej sytuacji. Na sukces inicjatywy składa się z jednej strony nieoczywista
lokalizacja, która wbrew pozorom daje duże możliwości, a z drugiej wychodzący
od ciekawych kulturalnych wydarzeń, a nie od samej gastronomii pomysł.
Subskrybuj:
Posty (Atom)