Muzyka z czarnej płyty „Matka Syn
Bóg” Panów Waglewskich trafiła do mnie z pewnym opóźnieniem przez co jak już
wspominałem nie załapałem się na zeszłoroczny koncert w Teatrze Starym. Kiedy
więc tylko okazało się, że w ramach kontynuowanej trasy koncertowej panowie
zjawią się na występie w Teatrze Osterwy pobiegłem po dwa bilety w trzecim
rzędzie. Dzień koncertu był jednocześnie dniem kiedy brać studencka po raz
kolejny otrzymywała od prezydenta Żuka klucze do naszego miasta.
W związku z tym postanowiłem odpowiednio wcześniej wyjechać z domu. Tych
Państwa zobaczymy na koncercie – powiedziałem mijając ubraną na czarno parę
wyglądającą na miłośników dobrej bluesowo-rockowej muzyki. Wątpię, przecież jeszcze
godzina do koncertu – odpowiedziała I. Okazało się, że jednak miałem rację.
Ulicą Narutowicza w stronę
Browaru Perła płynęły tłumy młodych ludzi mijając stojących przez teatrem
wielopokoleniową grupę. Mimo, iż bilety nie należały do najtańszych sala była
wypełniona po brzegi.
Kilka minut po godzinie
dziewiętnastej usłyszeliśmy pierwsze dźwięki lśniącej w mroku sceny gitary
Wojciecha Waglewskiego. Koncert mogę podsumować jednym zdaniem: z trudem udało
się wytrzymać do końca i chyba parę osób mogłoby się zgodzić z moją opinią. No
bo jak można spokojnie usiedzieć w teatralnych fotelach, kiedy ze sceny płynie
tak soczysta muzyka. W moim odczuciu materiał z płyty na koncercie sprawdził
się rewelacyjnie. Prawdziwa męska muzyka przyprawiona delikatnym pierwiastkiem głosu
i skrzypiec w kobiecych rękach pani Iwony Skwarek podobała się również żywo
reagującej publiczności. W kilku przypadkach muzycy wychodzili poza ramy utworów
znanych z płyty prezentując pełnię swoich umiejętności w pełnych polotu
popisach niosących znamiona improwizacji.
W pamięci na długo pozostanie mi wiele
magicznych momentów, kiedy to ciarki przechodziły po plecach. W jednym z nich
na scenie zaczęła się kumulować mgła, która w momencie chwilowego wyciszenia
połączonego z przyciemnieniem świateł w idealnym momencie wlała się między
publiczność. Anielski damski głos podczas „Wrze gąszcz”, wzruszająca do szpiku
kości instrumentalna koda zamykająca „Boga”, hipnotyzujący puls syntezatora w
„Matce”. Zasadniczą część koncertu zakończyło kończące płytę „Na okrągło”, które
przez pewien czas było moim ulubionym hymnem każdego poranka. Aż chciało się
śpiewać z Panem Wojciechem. Na deser dostaliśmy „Dziób pingwina” z popisowym udziałem
jednego z widzów nagrodzonym brawami, rewelacyjne „Chromolę”, przebojową „Męską
muzykę” oraz powtórkę „Ojca” z żywym udziałem rozgrzanej publiczności kończącym
prawie dwugodzinny spektakl. Owacje na stojąco nie były dla nikogo
zaskoczeniem.
Można było rozpłynąć się w muzyce, przeżywać ją całym sobą, wszystkimi
zmysłami. Ta muzyka będzie moją zakładką w czasoprzestrzeni, nośnikiem
wspomnień, powiewem młodości. Jestem pewien, że za każdym razem kiedy wrzucę ją
do odtwarzacza przeniosę się w czasie w sam środek wiosny roku 2014. To jest potęga
muzyki, która potrafi wywoływać silne emocje, która przenika do krwioobiegu.
Jeżeli Panowie zachowają dotychczasowy
cykl wydawniczy to za pięć lat dostaniemy kolejny krążek. Kto czuje niedosyt
może wrócić do zarejestrowanego 2 marca tego roku koncertu formacji w Studiu
im. Agnieszki Osieckiej dla Programu Trzeciego Polskiego Radia.
PS. Mam nadzieję, że podczas koncertu Pan Wojciech zapomniał o
czekającej go wizycie u dentysty o której wspominał dzień wcześniej rozpoczynając
wraz z Fiszem Magiel Wagli w Trójce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz