Do Krakowa wracamy już po raz
trzeci (a licząc krótkie epizody po raz piąty) w naszej siedmioletniej
historii. Od ostatniego dłuższego pobytu minęło pięć lat i jak razem
stwierdziliśmy jest to już troszkę inne miasto, mieszkamy w trochę innym kraju,
a my sami jesteśmy już trochę innymi ludźmi. Pierwszy raz jesteśmy tu własnym
autem, a mimo to nosimy jeszcze w sobie stare nawyki związane z bagażowymi
ograniczeniami. Miasteczko akademickie stoi na swoim miejscu oferując standard,
który cofa nas do studenckich czasów. Swoją bazę wypadową zakładamy w Strasznym
Dworze Akademii w pokoju z numerem 217.
W naszych wspomnieniach
pozostanie poranek w opactwie benedyktynów w podkrakowskim Tyńcu, podawana w tamtejszej
kawiarni na murach w oryginalny sposób kawa, a potem drugie śniadanie już na
drugim brzegu rzeki. Pozostaną wycieczki do zamków (Wiśnicz, Pieskowa Skała),
pałaców (Niepołomice) i miejsc po których zostały już tylko ruiny (Dobczyce). Najmilej
wspominam spacer przepiękną doliną Prądnika w samym sercu Ojcowskiego Parku Narodowego.
Setki kilometrów pięknych tras samochodowych Pogórza Bocheńskiego, Wiśnickiego i
Wielickiego. Okolice Krakowa mają naprawdę wiele do zaoferowania. Każdy dzień
kończył się na tętniącym życiem i licznymi atrakcjami Starym Mieście (Bull Pub,
Boscaiola, Zapiecek, Królestwo Pierożka). A wieczorami chwile na nadrobienie czytelniczych
zaległości (Podróże z filozofią w tle
Hellera, Ostatnie rozdanie
Myśliwskiego, Korona śniegu i krwi
Cherezińskiej).
Do Krakowa jechaliśmy nietypową
trasą przez Kielce, a to dlatego, że chcieliśmy zobaczyć po drodze rajską
jaskinię. W międzyczasie zmieniliśmy jednak miejsce swojego międzyparkowania, by
wejść na Święty Krzyż. Droga Kraśnik-Kielce (74) i dalej siódemką okazała się
bardzo wygodna dostarczając również miłych dla oka obrazków. Planując drogę
powrotną skuszeni zaliczeniem stu kilometrów darmowej autostrady A4 Kraków-Tarnów
zdecydowaliśmy się na trasę przez Mielec i Tarnobrzeg. Niestety drogi
wojewódzkie Podkarpacia nie sprzyjają komfortowej podróży na dużych dystansach.
Okazją na regenerację cierpliwości był krótki postój na obiad w Sandomierzu. Na
szczęście to jeszcze nie koniec urlopu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz