„Taniocha w pęczkach po trzy, po
sześć par. Pomiędzy autobusami, które odjeżdżają na Piaski, na Krzczonów, na
Bychawę, na Żółkiewkę, w mglistą dal starego asfaltu z rzędami topól na
poboczach. Za dnia to jest niemrawe rojowisko pokątności. Przeczekiwania, przeżycia
z dnia na dzień. Taryfiarze rżną w karty na maskach. Torby w kratę i plastik
udający skórę. Zwały tego wszystkiego. Tej jednorazowości, która niesie
pociechę najuboższym. Jakby dobrze powiało, to by to frunęło w niebo jak u
jakiegoś dzikiego Chagalla: gacie, rajtki, biusthaltery, dżins, chemiczna
koronka, cekiny, złociste badziewko, obcasiki, pumy i pampasy, lamparcie futra
z węglowodorów, wszystko w niebo.” Fragment odpowiadania Andrzeja Stasiuka z
Lublinem w tle w ramach projektu City Books
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz