Kiedyś wgrywało się system
operacyjny z dyskietki do komputera, samotnej, niezależnej jednostki poddanej
tylko nam. Dziś, kiedy powoli oddajemy suwerenność w zamian za przynależność do
sieciowej wspólnoty wszystko zaczyna wymykać się spod naszej kontroli. Komputer
uwiązany na internetowej smyczy bez pytania przechodzi w stan aktualizacji,
mimo, że dzień wcześniej nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń co do jego działania.
Coś się zmienia, dostajemy upgrade dla własnego dobra. Ma być szybciej,
bezpieczniej, a my nie musimy sobie zawracać głowy zawiłymi technikaliami.
Wystarczy, że kilka razy klikniemy przycisk z napisem „dalej” akceptując
wszystkie warunki, udzielając autoryzacji, zgody na przetwarzanie danych
osobowych, między wierszami sprzedając komuś własną duszę.
Komputery chcą o nas wiedzieć
coraz więcej, patrzą na nas oczami uzbrojonymi w soczewki o coraz większej
rozdzielczości. Moja jednostka potrafi włączyć się w środku nocy jakby chciała
sprawdzić czy u mnie wszystko w porządku. Kiedy wyręcza się w ludzi w coraz
większym zakresie przestają myśleć, oddając się całkowicie na łaskę lub
niełaskę wielkiego administratora. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Skrupulatnie
czytać zawiłe warunki czy świadomie zrezygnować z tego czy innego rozwiązania?
Walczyć o niezależność tą samą bronią, którą próbuje się nam ją odebrać czy
zaakceptować ułudę względnej niezależności w teleinformatycznym środowisku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz