– A, to pan… – powiedział, dostrzegając mnie. – Proszę siadać i proszę
też pozwolić mi się przebrać. Zniknął. Rozsiadłem się w fotelu. Nie znałem
człowieka, a ten znał mnie, jak widać, dobrze. Wiedział, że przyjdę. Co nie
jest dziwnym, jednak sprawia, że czuję się nieswojo. Siedziałem długo sam.
Słyszałem dochodzące z sąsiedniego pomieszczenia odgłosy toalety porannej:
mycie zębów, chlapanie wodą, gwizdanie przy goleniu. Wklepywanie wody
kolońskiej w policzki. Długo to trwało. W końcu wrócił do salonu. Odstawiony:
czarna kurtka skórzana, bryczesy, wysokie buty. Dziwnie. Wstałem. Wyciągnął do
mnie rękę. Skóra matowa i sucha od pachnącej lawendą wody kolońskiej. Ogolony
bardzo starannie. – Witkowski jestem. Szczepan Twardoch - Morfina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz