Spodziewałem się kilku większych
przebojów z końcowych lat działalności grupy Genesis na których tle Ray mógłby
zaprezentować swoje najnowsze dokonania. W rzeczywistości dostaliśmy nie tylko
potężną porcję utworów z ery Collinsa okraszoną rarytasami dla smakoszy z ery Gabriela,
ale i utwory z solowych karier obu panów. Wszystko to dopełnione kompozycjami
spoza uniwersum Genesis, które niemal idealnie wpisywały się w setlistę
koncertu. Ray już na wstępie kupił lubelską
publiczność anegdotą o bolesnej piętnastogodzinnej podróży z koncertu w
dalekiej Rumunii z której skutkami próbował walczyć manager zespołu rezerwując
dla wokalisty wizytę u masażysty w… śląskim Lubinie, tym z jedną literą L w
nazwie. (cdn)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz