Setki, tysiące woluminów
zajmujących dziesiątki metrów kwadratowych pod nogami i na stolikach, kolejne
ułożone w pudłach i skrzynkach, grzbietami do góry, w równych stosach i
zupełnie bez ładu od kolejnych rąk nurkujących w poszukiwaniu skarbów do
domowej biblioteczki. Ostatnia niedziela miesiąca to okazja do zaspokojenia
znanej niejednemu bibliofilowi potrzeby przebywania w towarzystwie książek.
Można przyjść z konkretnym zleceniem lub tylko popatrzeć, skanując niezliczone
okładki w poszukiwaniu ciekawszych pozycji ukrywających się w morzu
przeciętności. Jeśli dodać do tego stare mapy i stoiska z płytami winylowymi
można wsiąknąć na dłuższy czas i lepiej, żeby nikt nas wtedy niecierpliwie nie
poganiał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz